źródło: Muzeum Kanału Bydgoskiego

Przemysłowe jutro Piotr Drozdowski 

 

[Redakcja:] Zacznę może nieco przewrotnie. Nie jest Pan „rodowitym” bydgoszczaninem, lecz bydgoszczaninem z wyboru. Prawdopodobnie wszyscy znamy osoby, które wróciły po studiach lub nieco później do Bydgoszczy. Pan jednak zamieszkał tutaj jako dorosły człowiek. Jak to wpłynęło na Pana postrzeganie miasta?

To prawda, nie urodziłem się w Bydgoszczy. Nie mieszkałem tu w dzieciństwie. Nie mam w swojej głowie żadnych sentymentalnych wspomnień związanych z tutejszymi osiedlami, uliczkami, zaułkami czy trzepakami. Moje życie w tym mieście zaczęło się w czasach studenckich. Na dobre związałem się z Bydgoszczą, kiedy zacząłem pracę w jednej z tutejszych instytucji kultury. Szybko zdałem sobie sprawę, jak mało wiedziałem przed przeprowadzką o grodzie nad Brdą.
Z perspektywy czasu myślę, że to dobrze, że nie miałem żadnych wspomnień. Pozwoliło mi to eksplorować miasto z czystą głową. Dzięki temu odnalazłem wiele zapomnianych i zaniedbanych miejsc. Odkryłem Bydgoszcz jako miasto o wielu twarzach, miasto wielowątkowe, pełne niesamowitych historii, pasjonujące w swej przemysłowej odmienności.

[Redakcja:] Nazywa Pan Bydgoszcz miastem wielowątkowym. Który z tych wątków jest Pana zdaniem najważniejszy?

W mojej ocenie miasto jest niejednorodne i ciężko je określić jednym przymiotnikiem, np. jako studenckie, turystyczne czy przemysłowe. Jestem jednak przekonany, że przemysłowa przeszłość może być kluczem do stworzenia nowoczesnej tożsamości lokalnej. Bo historia Bydgoszczy to wielkie zakłady pracy, w których pracownicy spędzali dużą część swojego życia, to fabryki produkujące towary rozpoznawalne niegdyś w całym kraju. Wokół tego wątku można budować bydgoską tożsamość: wokół fabrycznej codzienności, losów zwykłych ludzi, miejsc i nazw budzących pozytywne skojarzenia.

[Redakcja:] Jakie przychodzą panu do głowy miejsca, pobudzające wyobraźnię mieszkańców, punkty na mapie Bydgoszczy, wokół których można budować wspólnotową tożsamość?

Wiele dawnych, nieistniejących już zakładów pracy, m.in. Kobra, Eltra, Foton, Romet to fabryki znane w całej Polsce. W latach świetności, przypadających na czasy PRL, kształtowały topografię poszczególnych dzielnic. Obecnie w Bydgoszczy jest jeszcze kilka czynnych zabytkowych hal fabrycznych, w których produkcja nadal trwa. Przykładem może być Stomil – zakład przemysłu gumowego, który w minionej epoce produkował m.in. węże do popularnej „Frani”. Inną istniejącą fabryką jest Pasamon, producent pasmanterii technicznej. Sporą część pracowników produkcji stanowią kobiety. Nadal funkcjonuje Tele-Fonika Kable, dawniej znana pod nazwą Bydgoska Fabryka Kabli. Jest to największy producent kabla w Europie Środkowej. Kabel pochodzący z tej fabryki – składowany na specjalnych drewnianych szpulach – dawno już oplótł ziemię niezliczoną ilość razy. I jeszcze jedno spostrzeżenie: wspomniane przez mnie fabryki w tym i przyszłym roku będą obchodzić okrągłe – setne urodziny!
To tylko niektóre czynne zakłady, wzbogacające swą aktywnością żywą tkankę miasta. Te swoiste „miasta w mieście” były i są motorem napędowym rozwoju dzielnic, w których się znajdują. Niestety dziś nowe zagospodarowanie przestrzenne terenu sprawia, że hale dawnych fabryk są zastępowane przez osiedla mieszkaniowe. Niektóre zakłady przenoszą swoją produkcję na peryferia miasta. Przykładem może być firma Makrum, która z uwagi na zwiększenie rozmiarów swojej działalności przeprowadziła się do nowocześniejszej hali.

[Redakcja:] Wiem, że Makrum jest dla Pana szczególnie istotne.

Tak, to prawda. Jest to miejsce szczególnie mi bliskie. To pokazuje, że nie trzeba być „stąd”, żeby zakochać się w Bydgoszczy [śmiech]. Dzięki mojej pracy udało mi się tam zorganizować, na dwa lata przed wyburzeniem, kilka ciekawych wydarzeń, m.in. spektakl teatru Biuro Podróży pt. „Złe miasto”, warsztaty dla dzieci czy oprowadzanie z przewodnikiem. Wydarzenia te cieszyły się dużym zainteresowaniem mieszkańców i samych pracowników. Dzięki temu projektowi bydgoszczanie mogli poznać miejsce dla nich niedostępne, zobaczyli od wewnątrz hale, w których produkuje się m.in. wielkogabarytowe konstrukcje stalowe. Warto przybliżać historię tych zakładów. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że na co dzień, spiesząc do pracy, mijamy miejsca z duszą i historią, takie, które mają wiele do opowiedzenia.

[Redakcja:] Ale historia przemysłowa Bydgoszczy, to też historia konkretnych ludzi.

Dokładnie… Zakłady, te czynne i te już zamknięte, to historia kilku pokoleń. Staż pracy niektórych ludzi w jednym miejscu przekracza 50 lat. W pamięci zapadły mi wspomnienia Pani Marii, która pracuje w Fabryce Obrabiarek do Drewna już ponad pół wieku, przeszła całą drabinę kariery zawodowej, a zaczynała na stanowisku ślusarza. Wiele osób, z którymi rozmawiałem, przyznawało, że ich obecne miejsce zatrudnienia jest pierwszym i ostatnim. W dzisiejszych czasach to trudne do wyobrażenia: zmieniamy pracę, ba! – nawet zawód, kilkukrotnie w ciągu życia. Dlatego to ważne, aby poznać perspektywę ludzi o zupełnie odmiennym doświadczeniu zawodowym i życiowym. Z drugiej strony ważne jest to, aby ci, którzy pracowali w przemyśle i rzemiośle z dziada pradziada, mogli o sobie opowiedzieć. Drzemie w nich wielka potrzeba podzielenia się swoją historią.

[Redakcja:] Jak wyglądała kariera pracowników bydgoskich zakładów przemysłowych?

Historia pracy w zakładzie często zaczynała się podobnie. Młodzi przyuczali się u mistrzów w danym fachu, a wraz z upływem czasu zaczynali przekazywać swoją wiedzę dalej. Z czasem też dochodzili do perfekcji w swoim zawodzie. Często wytwarzali ręcznie całe skomplikowane mechanizmy, od A do Z. Zapamiętałem relację pracowników, którzy sami produkowali silniczki do wiertarek. Dziś jest to nie do pomyślenia, współcześnie takie prace wykonują maszyny.
W każdym zakładzie wyczuwalne jest autentyczne przywiązanie do miejsca pracy, poczucie przynależności do wspólnoty ludzi pracujących. Bardzo ważny jest dla nich etos pracy, a także emocjonalny stosunek do firmy.

[Redakcja:] Mam wrażenie, że Pan również jest związany emocjonalne z tymi miejscami i osobami.

Tak, to prawda. W tych zakładach wyczuwalna jest niezwykła atmosfera. Kiedy przygotowywałem wydarzenia kulturalne, często miałem wrażenie, że czas się tam zatrzymał. Gabloty pracowników starzeją się razem z nimi, dawne biurowe piętra to zapis czyjegoś życia. W Fabryce Obrabiarek do Drewna znalazłem kiedyś stary plakat filmowy z Adolfem Dymszą. W dawnych zakładach funkcjonowały radiowęzły, tworzono pracownicze kroniki, dzieci jeździły na kolonie. Tam toczyło się życie. Miasto potrzebuje historii poprzemysłowych, by na ich kanwie budować swoją tożsamość. Dlatego należy oddawać głos ludziom, współtworzącym te zakłady. Ich wspomnienia są źródłem i gwarancją autentycznego związku z miastem.

[Redakcja:] Jakie wskazałby Pan inicjatywy, które wspierają bydgoską tożsamość w kontekście przemysłowej historii miasta?

Myślę, że wiele dobrego na tym polu już zrobiono. Powstał szlak tematyczny TeH2O – szlak wody, przemysłu i rzemiosła, który skupia opowieści z piętnastu obiektów związanych z przemysłową historią miasta. Wiedzie on przez ważne, ikoniczne dla bydgoskiego przemysłu miejsca, atrakcyjne dla turystów. A jednocześnie prezentuje losy bydgoszczan w kontekście rozwoju gospodarczego miasta. Historia jest ważnym punktem odniesienia dla mieszkańców. Żeby jednak pogłębiać poczucie dumy z przynależności do małej ojczyzny, powinniśmy w bydgoszczanach zakorzenić myśl, że poprzemysłowy charakter miasta jest ważnym elementem dziedzictwa, które można interpretować i opowiadać na różne sposoby.

[Redakcja:] Jaki ma Pan pomysł na przeprowadzenie bydgoskiej „incepcji”?

Wiele można zrobić, by tymi przemysłowymi historiami „zarazić” młodszych mieszkańców miasta, którzy dawną Bydgoszcz znają jedynie z opowieści swoich dziadków. Ludzie starsi pogłębiają swoją wiedzę o mieście, przekazują ją dalej, a także bardzo chętnie dzielą swoimi wspomnieniami. Wiele bydgoskich rodzin, a spośród tych, z którymi rozmawiałem – większość, posiada przemysłowe korzenie. Ta przemysłowa genealogia Bydgoszczy sięga wielu pokoleń: dziadek pracował w ZNTK w Bydgoszczy, wujek był szyprem, daleki kuzyn był zatrudniony na produkcji w Bydgoskich Zakładach Sklejki. Ja sam jestem tego najlepszym przykładem. Dziadek mojej żony był w latach 80. dyrektorem w Stomilu.
Pokolenie osób w wieku poprodukcyjnym ma wielką potrzebę opowiedzenia o swoich doświadczeniach i o losach zakładów, w których dawniej pracowało. My, ludzie kultury, chcemy wykorzystać tę niesamowitą energię, aby przekazywać historię młodszym osobom.
Przypomina mi się teraz jedna rzecz. Zawsze, kiedy odwiedzam pewien wielkopowierzchniowy sklep ze Szwecji, mam przed oczami fabrykę, która się tam znajdowała. Chodzi oczywiście o fabrykę Rometu, która w czasach świetności produkowała milion rowerów rocznie. Proszę sobie to wyobrazić: milion! To imponujący wynik.

[Redakcja:] W jaki sposób zachęcać poszczególne grupy odbiorców do poznawania bydgoskiego dziedzictwa przemysłowego?

Aby to zainteresowanie rosło wśród dzieci, młodzieży oraz dorosłych, ważne jest udostępnianie, chociażby czasowe, tych normalnie niedostępnych obiektów. Często nie zdajemy sobie sprawy, jakie skarby mogą skrywać. Weźmy na przykład Elektrownię Wodną przy ul. Mennica. Znajduje się w niej należąca do Pana Jerzego Kujawskiego kolekcja ponad 100 analogowych radioodbiorników, w tym tych produkowanych przez bydgoską Eltrę.
Z moich obserwacji wynika, że osoby starsze oraz rodziny z dziećmi częściej biorą udział w zwiedzaniu przemysłowych przestrzeni z przewodnikiem lub w dedykowanych warsztatach. Osoby między 20 a 50 rokiem życia do hal fabrycznych przyciąga już zupełnie co innego. By zachęcić tę część odbiorców należy kreować wydarzenia kulturalne, łączące różne dyscypliny sztuki z doświadczeniem fizycznej pracy. Wchodząc do fabryki, trzeba poczuć zapach smaru, pobrudzić sobie ręce, usłyszeć dźwięk suwnic. Cała przestrzeń musi tworzyć atmosferę miejsca, w którym wszystko wytwarzane jest pracą ludzkich rąk. Im silniejsze, ciekawsze przeżycie, tym mocniejszy ślad pozostawia w nas dziedzictwo bydgoskiego przemysłu, tym mocniej się w nas ukorzenia to przemysłowe „ja”, przyczyniając się – taką mam nadzieję – do utrwalania naszej lokalnej tożsamości.

[Redakcja:] I na koniec…

Nie jestem stąd, ale miałem to szczęście, że przez kilka lat współtworzyłem tę poprzemysłową opowieść Bydgoszczy. Głęboko wierzę w to, że za jakiś czas mieszkańcy będą utożsamiać się z jej industrialnym charakterem, że stanie się on jej wizytówką. Mam nadzieję, że nadal będę obserwatorem i kreatorem poprzemysłowych historii tego pięknego miasta.

 

Piotr Drozdowski – absolwent Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Przez wiele lat związany z bydgoskim MCK, gdzie zajmował się promocją historii bydgoskiego przemysłu. Kierownik pracowni Barka Lemara w latach 2015–2019. Dyrektor programowy Festiwalu TehoFest w latach 2017–2018. Współpomysłodawca słuchowiska muzycznego „Szyprowie”. Koordynator akcji „Przemysłowa Historia Bydgoszczy”. Pomysłodawca oraz inicjator wielu wydarzeń realizowanych w czynnych bydgoskich fabrykach. Obecnie Kierownik Artystyczny Centrum Kultury Dwór Artusa w Toruniu. Bydgoszczanin z wyboru.